time-to-go-986031_1920

Nowy początek

Pierwszy wpis w nowym roku. Od mojego ostatniego posta wiele się zmieniło. Właściwie to wszystko. Wystarczył miesiąc, aby dobrze przemyślany plan własnego domu legł w gruzach. To, co się wydarzyło w końcówce 2015 roku, spowodowało, że w tym muszę zacząć wszystko od początku.

Ci z Was, którzy na bieżąco śledzą Muratorkę, pewnie pamiętają jaka była moja radość z otrzymania warunków zabudowy. Skakałam pod sufit, że w końcu się doczekałam tego momentu. Wydawało się, że w końcu sprawy nabiorą swojego tempa i budowa zacznie się wczesną wiosną. Niestety polskie prawo przewiduje że, od warunków mogą się odwołać sąsiedzi, czyli tak zwane “strony”. Do tej pory myślałam, że takie odwołanie musi mieć jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie, a jeżeli go nie ma, to taki wniosek zostaje po prostu oddalony, a ja będę mogła starać się o pozwolenie na budowę, jak gdyby nigdy nic. Ot, jeszcze jedna przeszkoda. Zanim zacznę się rozpisywać, dlaczego byłam w błędzie, krótko nakreślę, co spowodowało, że moi sąsiedzi się odwołują. Jak wspominałam w innych postach, posiadam dwa dojazdy do działki. Pierwszy polega na służebności gruntowej. Jest to jednak droga nie do końca komfortowa, ponieważ prowadzi pod oknami jednego z domów, a wiadomo, że zarówno dojeżdzający, jak i ten przez kogo się “przejeżdża” potrzebuje swobody. Poza tym dojeżdzając do domu trzeba by otwierać aż trzy bramy. W tym właśnie celu staraliśmy się o drugi dojazd, czyli udział w drodze prywatnej (o perypetiach z nim związanych pisałam tutaj; sprawa do tej pory czeka na rozwiązanie w sądzie, jak coś się wyjaśni, na pewno podzielę się tym na blogu). Droga jest co prawda 3- metrowa, ale gmina wydaje warunki na takie dojazdy. Poza tym taka wąska to jest tak naprawdę na odcinku 160 metrów, bo dalej właściciele działek do niej przylegających odsunęli ogrodzenie, żeby ją poszerzyć. I my również chcieliśmy w ten sposób zrobić, a mało tego planowaliśmy zrobić przy wjeździe zatoczkę, aby listonosz, czy kurier nie blokował przejazdu. Warto też zaznaczyć, że mimo iż droga ma 13 właścicieli, to faktycznie korzysta z niej dwóch, więc nie jest zbyt ruchliwa. I właśnie jedni z tych dwóch odwołali się się od wydanych przez gminę warunków zabudowy. Ich głównym argumentem był fakt, że skoro posiadamy dodatkowy, szerszy przejazd, to nie powinniśmy obciążać tej wąskiej drogi. Inny zarzut dotyczył tego, że człowiek, od którego odkupiliśmy udział nie skonsultował tego z innymi właścicielami (ej sorry, takie mamy prawo w Polsce) oraz że… ma on niewykoszoną działkę, zatem wniosek z tego taki, że ani nią, ani drogą się nie interesuje i nie powinien podejmować takich decyzji.

W pierwszej chwili, gdy usłyszałam te zarzuty popukałam się w głowę, bo wydały się po prostu śmieszne. Śmiać mi się odechciało wkrótce, jak dowiedziałam się jak wygląda procedura odwołań w naszym kraju, ale o tym za moment. Udało się nam porozmawiać z tymi ludźmi, tzn. przyznam się bez bicia, że na to zadanie specjalne wysłałam męża, ponieważ moja psychika źle znosi takie nerwowe sytuacje. Ich propozycja pojednania jest taka, że mamy we własnym zakresie poszerzyć całą drogę o 2,5 metra nakłaniając właścicieli działek z nią sąsiadujących do przekazania stosownych odcinków ziemi na poczet wspólnego, szerokiego dojazdu. Problem jest taki, że oni mają wydane warunki zabudowy na jeszcze inną drogę, niż te wymienione wcześniej . Tam już nawet stoi dom, a kolejne budowy mają ruszyć na wiosnę. Zadanie jest po prostu niewykonalne, a nawet jeśliby było, to nawet nie chcę myśleć ile czasu upłynęłoby, zanim moglibyśmy się zacząć budować, godząc się na ich żądania.  Namówienie wszystkich i uregulowanie tego prawnie mogłoby spokojnie zająć dwa, trzy lata. Acha, jakby tego było mało, to poszerzoną drogę mamy na własny koszt jeszcze utwardzić. Fajnie, co? Oczywiście odmówiliśmy, przedstawiając co my możemy dać od siebie (odsunięcie się na długości naszej działki, zrobienie zatoczki dla samochodów, dokładanie się do utrzymania drogi), na co przemiła pani sąsiadka odparła, że w takim razie ona będzie się odwoływać do wyższych instancji, ponieważ ją interesuje tylko i wyłącznie poszerzenie całej drogi. Zaczęliśmy się zatem interesować jak wygląda procedura odwoławcza w przypadku warunków zabudowy. Okazało się, że nie jest to wcale takie proste i zwyczajne.

Początkowo wniosek trafia do gminy, która ma obowiązek przesłać go do samorządowego kolegium odwoławczego (SKO). Tam specjaliści z danej dziedziny powinni rozpatrzyć go w przeciągu miesiaca, lecz w praktyce wygląda to różnie. Decyzja może być po dwóch, trzech miesiącach… Od adwokata dowiedzielismy się się, że racja jest po naszej stronie, bo wymienione zarzuty są bezsensowne. Potwierdzili to również urzędnicy z wydziału budownictwa w gminie. Można co prawda odłączyć wspomnianą służebność przejazdu, ale po pierwsze, wcale nie przyspieszy to sprawy, a po drugie są to dodatkowe, niemałe koszty. Wracając jednak do sedna sprawy, od decyzji SKO przysługuje skarga do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, a następnie do Najwyższego Sądu Administracyjnego. Wszystko to może zająć co najmniej półtora roku. A nasi sąsiedzi zapowiedzili, że oni się sądów nie boją, bo te są dla ludzi… Chyba takich jak oni…

Wszystkie te problemy spadły na nas w okresie świąteczno- noworocznym, więc nie były to spokojne i beztroskie dni. Z pozoru uśmiech na twarzy, a w głowie mętlik. Co robić w takiej sytuacji? Czekać aż przejdą te wszystkie odwołania? Liczyć na to, że dadzą sobie z tym jednak spokój? A w końcu, jak mieszkać przy takich sąsiadach, którzy z każdym są pokłóceni i robią ludziom na złość? Dom buduje się na całe życie, a nawet i dłużej. Murów nie da rady przesunąć. Po przemyśleniach podjęliśmy w końcu wspólną decyzję: nie odpuścimy i sprawę dociągniemy do końca, bo warunki zabudowy wydane przez gminę zostaną zatwierdzone, nawet jeśli taką decyzję miałby wydać  Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, ale my się tam nie wybudujemy. Po pierwsze szkoda nam czasu, a po drugie nerwów. Podejmując tak dużą inwestycję jak budowa domu, trzeba być do niej przekonanym, a nie pełnym obaw. Zdaję sobie sprawę, że kupienie nowej działki to ogromny wydatek i uszczupli nasze możliwości finansowe, jednak jestem przekonana, że w zamian zamieszkamy w spokojnym miejscu z bardziej przyjaznym sąsiedztwem i nie będziemy niczego żałować.

C.D.N :)

Dodaj komentarz