20151010_174043

Trudne dobrego początki?

Dzisiejszy wpis będzie inny niż te, które publikowałam dotychczas. Nie będzie tu treści merytorycznych, choć to pewnie szumnie powiedziane :) Chciałabym się podzielić swoimi doświadczenia poprzedzającymi starania o warunki zabudowy. Nie będę opisywać szczegółów, ponieważ mogłoby Cię to drogi Czytelniku zanudzić. Sama też zresztą nie chcę aż tak dogłębnie przedstawiać tematu, aby nie naruszyć czyichś dóbr osobistych oraz dobrego imienia.

No to zapraszam do lektury; niektóre kwestie nieco uprościłam, aby były łatwiejsze do zrozumienia.

Prolog. Ziemia, na której planujemy się budować została wykupiona przez mojego prapradziadka Filipa od hrabii Alfreda Potockiego. Aby do tego takiej transakcji doszło, mój przodek musiał wyjechać do Kanady na bodajże 10 lat w celu pozyskania funduszy. Nabył wówczas więcej gruntów, nie wiem ile dokładnie, ale oceniając na oko było to dobre kilka hektarów. Nie to co dzisiaj; jak ktoś pracuje za granicą, to cieszy się z posiadania niewielkiej działeczki i postawionemu na niej domkowi rozsądnych rozmiarów. Mało kto rozważa zakup kilku hektarów działek budowlanych pod miastem wojewódzkim (choćby było to województwo Polski C). W każdym bądź razie ziemie te były następnie dzielone na dzieci i na ich dzieci, i na dzieci tych dzieci… W końcu spadek w postaci działki 18-nasto arowej dotarł też i do mnie :) Jak pisałam, że jestem posiadaczką ziemi przekazywanej z dziada pradziada, to była to najszczersza prawda :)

Ale teraz już do rzeczy.

Do wspomnianej działki dojazdem była służebna droga przechodząca pod oknami (dosłownie) mojej rodziny. Wiedziałam, że będzie to trochę krępujące dla jednych i drugich. Niby się mówi, że jeździ się tylko dwa razy dziennie, do pracy i z powrotem, to w rzeczywistości nie do końca tak jest. Czułam, że lepiej sprawdziłby się bardziej niezależny przejazd.

Obok sąsiadowała droga wewnętrzna, do której niestety nie mieliśmy prawa. Mało tego, waśnie sprzed wielu lat, spowodowały, że moja rodzina była skłócona z częścią jej współwłaścicieli (a warto dodać, że jest ich kilkunastu). Pomysł był jednak taki, aby odkupić udział w drodze od kogoś z tej drugiej, nieskłóconej części. Znalazła się osoba zainteresowana taką transakcją. Tu historia, która bezpośrednio nas dotyczy, właśnie się zaczyna. Otóż, nasz potencjalny kontrahent, miał współwłasność w drodze dopiero odziedziczyć po swoim niedawno zmarłym ojcu. Proces przekazania tamtego spadku trwał kilka miesięcy, nie żartuję, Najpierw człowiek musiał się zastanowić czy w ogóle byłby zainteresowany sprzedażą (ok, rozumiem), poźniej odbyła się rozprawa sądowa, na której przepisano nieruchomości na również nieżyjącą matkę tego pana. Po dwóch miesiącach doszło do kolejnej, dotyczącej podziału spadku pomiędzy nim a jego rodzeństwem. Od kiedy zaczeliśmy rozmowę odnośnie sprzedaży a spotkaniem u notariusza w celu zawarcia umowy upłynął ponad rok. Co jeszcze wpłynęło na tak długi okres czasu? A to sędzia się rozchorował i trzeba było przesunąć rozprawę o  miesiąc, to jakiś dokument z gminy trzeba wybrać albo zaświadczenie z urzędu skarbowego. To nie są papierki wydawane od ręki, trzeba mieć to na uwadze przestępując próg takiej, czy innej instytucji. Czasem trzeba było czekać kilka dni, a niekiedy dwa tygodnie, bo jedyna upoważniona i wtajemniczona w procedurę wystawiania zaświadczenia pani urzędniczka przebywała akurat na urlopie wypoczynkowym. Tkwisz w błędzie Czytelniku myśląc, że uda Ci się coś przyspieszyć w tego typu formalnościach. Nie mówię oczywiście o sytuacji, gdy Twoja mama/wujek/kuzyka pracuje w takim urzędzie i papier otrzymujesz tego samego dnia, no ale któż by nie korzystał z takich przywilejów? :)

Wracając jednak do sedna sprawy. Po spotkaniu u notariusza myślałam naiwnie, że najdalej za 2 miesiące otrzymam drogą pocztową wypis z nowo utworzonej księgi wieczystej, w której dumnie widnieje nazwisko moje i męża. Nic takiego nie otrzymałam, a zamiast tego przysłano mi informację z Wydziału Ksiąg Wieczystych, że wpisu takiego dokonać nie mogą. Dlaczego? Postaram się to w miarę jasno wytłumaczyć. Człowiek, z którym zawarliśmy umowę kupna- sprzedaży miał inne nazwisko od swojego ojca, po którym odziedziczył spadek. Chodzi tu o literówkę w nazwisku. Czasem się to zdarza, mimo że brzmi to trochę dziwnie. Podaję zmieniony przykład takiego błędu w nazwisku: ktoś się nazywał Potyraj, a przekręcono to na Poteraj w księgach wieczystych. W dowodzie właściwe nazwisko, a w księgach pomylone. Ktoś się kiedyś pomylił przy wpisie, nie zostało to wyjaśnione i tak już pozostało. PESEL i oświadczenie dzieci wspomnianego zmarłego ojca, potwierdzające tożsamość Potyraja i Poteraja były wystarczające dla sędziego prowadzącego sprawę spadkową. Wydano prawomocny wyrok w tej sprawie, ale w Wydziale Ksiąg Wieczystych stwierdzono inny stan rzeczy. Syn Potyraja vel Poteraja złożył komplet różnego rodzaju dokumentów mających na celu wyjaśnienie sprawy w Sądzie Okręgowym, bo tam należy kierować odwołania. Sprawa jest w toku. Czekamy…

Teoretycznie jestem współwłaścicielką tej nieszczęsnej drogi, bo niby akt notarialny jest najważniejszy, nawet jeśli nie posiada się księgi wieczystej. Analizując jednak tą sytuację, to kompletnie nie znajduję tutaj sensu i logiki. Posiadanie księgi wieczystej na pewno “nie zaszkodziłoby”, jednak co będzie, to czas pokaże.

Jakby tego było mało, to w Wydziale Budownictwa w mojej gminie początkowo dowiedziałam się, że nie można budować domu na mojej działce, ponieważ należy do III klasy gleby i zgodnie z przepisem wydanym w 2013 roku nie można otrzymać warunków zabudowy na tego typu działkach budowlanych. Taka pseudo ochrona gruntów rolnych. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy takie warunki zostały wydane przed wejściem prawa w życie lub posiadanie na terenie danej gminy min. 1 ha działki rolnej i bycie rolnikiem. Heh, całe zamieszanie, które przyprawiło nas o niezły stres, okazało się tylko nieporozumieniem, ponieważ pan, który udzielał tej informacji po prostu źle sobie na mapę popatrzył i miał na myśli inną działkę. Sprawa na szczęście wyjaśniła się dość szybko :)

Ciężko mi wymyślić jakąś sensowną puentę. Miałam potrzebę opisania na blogu swojej sytuacji, aby pokazać, że coś co wydawać by się mogło oczywiste, w urzędach i sądach wcale oczywiste nie jest. Czytając tą historię można się śmiać lub łapać za głowę, ale pewnie każdy z nas kiedyś doświadczy większego lub mniejszego absurdu w instytucjach państwowych, więc naprawdę warto uzbroić się w cierpliwość i wytrwałość. Oby tylko się opłaciło :)

C.D.N.

Wpis zamieszczam w kategorii “Relacje z budowy” (wcześniej “Zdjęcia z budowy”), chociaż do tego stanu rzeczy jeszcze daleka droga, ale uznajmy, że jest to jeden z wątków w tym temacie.

3 thoughts on “Trudne dobrego początki?

  1. Musisz się uzbroić w cierpliwość bo obawiam się że to dopiero początek wyboistej drogi :-) A tak wogóle to pięknie piszesz kobietko.. czyta się jednym tchem,pozdrówka

  2. Dla mnie cała ta papirologia notarialna z przepisaniem własności i do tego banki które kasują za zwiększenie ryzyka przy kredycie hipotecznym to jakaś paranoja. Niestety dopiero w trakcie kupowania mieszkania i całej tej zabawy notarialnej widzi się jakę to wszystko lekko mówiąc kuriozalne.

Odpowiedz na „Serwis roletowyAnuluj pisanie odpowiedzi